Lekarz, który tłustą dietą leczy cukrzycę

Doktor Jan Wróbel, internista z Opola z czterdziestoletnią praktyką dzięki tłustej diecie, o której na tych łamach już pisaliśmy, potrafi wyleczyć ludzi z cukrzycy, miażdżycy i innych chorób przewlekłych, które medycyna akademicka uważa za nieuleczalne

Pięć lat temu w mojej przychodni szef - nie lekarz - podsunął mi książkę doktora Jana Kwaśniewskiego o tłustej diecie i spytał: "Widziałeś to?" - wspomina doktor Jan Wróbel. -"Widziałem w księgarni na wystawie. Jakieś bzdury. Ale poczekaj chwilkę, zerknę na ten przepis z baraniną." -"Mogę ci ją pożyczyć" - "Dziękuję. Kupię sobie tę książkę".

Kupiłem. Wieczorem zacząłem ją przeglądać, o tak, od niechcenia i o dziwo nie mogłem się od tej lektury oderwać. Czytałem całą noc urzeczony logiką argumentów. Zrozumiałem, że wreszcie ktoś zdjął mi opaskę z oczu. Od razu z przyczyn zdrowotnych przeszedłem na propagowany tam sposób żywienia. Stwierdziłem u siebie zadziwiającą poprawę zdrowia. Skontaktowałem się z doktorem Janem Kwaśniewskim i zacząłem leczyć ludzi tłustą dietą w opolskiej klinice Arkadia. Przedtem przez czterdzieści lat leczyłem ludzi. Teraz nareszcie po pięcioletniej praktyce w Arkadii mogę powiedzieć, że ich potrafię wyleczyć. Daje mi to ogromną satysfakcję - mówi doktor Jan Wróbel.

- Panie doktorze, proszę o szczegółową wypowiedź na temat choroby, z którą medycyna akademicka sobie nie radzi, a którą pan leczy bardzo prosto: cukrzyca.

- Matką cukrzycy są kardynalne błędy żywieniowe, (ale nie tylko), zaś siostrą cukrzycy, wcześniej od niej urodzoną, jest otyłość.

Przychodzi do mnie chłopak kilkunastoletni bardzo otyły (czterdzieści kilogramów nadwagi): -"Co ty jesz" - pytam. -"Na śniadanie piętnaście batoników..."

Największą zgrozą naszych czasów jest powszechna dostępność węglowodanów [cukry, mąki rafinowane, ziemniaki, owoce itd.] - jest ich w bród. Są w zasięgu ręki. Wszystkie są kolorowe i słodkie. Obecnie mamy tak spaczony smak, m.in. przez glutaminian sodu i aspartam w słodzikach, że wręcz uzależniamy się od węglowodanów. Jest to podobne uzależnienie jak narkomania czy nikotynizm. Ten nadmiar węglowodanów i tłuszczów nienasyconych pochodzenia roślinnego zjadany przez ludzi jest przyczyną powstawania prawie wszystkich chorób przewlekłych, w tym także i nowotworów.

Gdy trzustka funkcjonuje dobrze dostarcza organizmowi jeden z najważniejszych hormonów, jakim jest insulina. Czyni to dokładnie wtedy, gdy jest taka potrzeba i dostarcza jej w odpowiedniej ilości. W zdrowym organizmie dzieje się to automatycznie, niemal natychmiast po zjedzeniu każdej ilości węglowodanów. Zjemy batonika, a trzustka wysyła odpowiednią dawkę insuliny. Jednak na ogół po dłuższym czasie nadmiernego jedzenia węglowodanów wyczerpują się możliwości trzustki przerabiania ich głównie na tłuszcz i wówczas zaczyna podnosić się poziom cukru we krwi. Brakuje insuliny. Z drugiej zaś strony zawsze nadmiar insuliny wyrzucanej do krwi też jest szkodliwy, gdyż jest ona czynnikiem miażdżycorodnym i rakotwórczym. Powszechnie o tym się nie mówi, ale tak jest.

Gdy trzustka nie potrafi wydzielać takiej ilości insuliny, ile wymagają tego dostarczane organizmowi węglowodany - u dorosłych dochodzi najpierw do hyperglikemii, a później do cukrzycy jawnej. Na ogół najpierw pod postacią utajoną. Dzieje się tak, gdy zostają przekroczone normy cukru we krwi, a jeszcze nie ma objawów choroby. Później mamy do czynienia z cukrzycą jawną.

- Jak zatem wygląda mechanizm leczenia tradycyjny, a jak tłustą dietą?

- Czym wcześniej zastosujemy dietę ubogowęglowodanową i bogatotłuszczową u pacjenta, który nie jest dobity lekami, tym lepiej dla niego. Właśnie leki, a nie cukrzyca są powodem powikłań cukrzycowych. Powikłań, które są największą tragedią dla chorego. Najczęściej lekarze najpierw choremu podają tabletki, które redukują hiperglikemię, likwidując skutek, ale nie przyczynę cukrzycy. Tym samym na pozostałych jeszcze przy życiu w organizmie komórkach trzustki wymuszają nadmierną produkcję insuliny. To tak jakby załadować cały wóz węgla i zaprzęgnąć kiepskiego konika, a potem kazać zwierzęciu wjechać pod górę, gromiąc go batem. Jeśli nawet ów koń wjedzie na górę, to zapewne padnie z wyczerpania. Tak samo dzieje się z ludzkimi komórkami trzustki produkującymi insulinę pod wpływem leków doustnych. Efekt jest taki, że przez jakiś czas, będzie poprawa, ale później wystąpi pogorszenie. "Panie doktorze, biorę leki, a cukier ciągle się podnosi, mam go nawet w moczu [przekroczenie progu nerkowego]" - mówi najczęściej taki pacjent.

Wtedy lekarz, działający zgodnie z prawami medycyny akademickiej aktualnie obowiązującymi, przepisuje podwójną dawkę leków. Od tego momentu w krótkim czasie komórki trzustki zupełnie przestają na nie reagować. Są tak osłabione, jeśli jeszcze żyją, że nie reagują już na nic. Wtedy lekarz podaje choremu gotową insulinę. Zaczynają się codzienne zastrzyki i codzienne wielokrotne pobieranie krwi do badania cukru. W tym momencie warto jeszcze raz przypomnieć, że gdy trzustka była zdrowa i sama produkowała insulinę, to czyniła to precyzyjnie - wtedy, gdy zaistniała potrzeba, a ponadto dostarczała insuliny w wymaganej ilości. Kiedy podawaliśmy tabletki, słabe komórki również działały w odpowiednim czasie. Gdy jednak podajemy insulinę z zewnątrz, np. trzy razy dziennie, to jest już inaczej niż organizm potrzebuje. Zaczyna się on bronić przed nadmiarem insuliny. Nasz organizm nigdy nie chce nadmiaru insuliny, bo wtedy ona zawsze jest toksyczna. Poza tym organizm nie chce też, by insulina wnosiła do komórek ogromne ilości paliwa, jakim są węglowodany. Broniąc się w pierwszym etapie, likwiduje większość komórek produkujących insulinę. Gdy ten mechanizm zawodzi, blokuje w komórkach naszego organizmu punkty uchwytu działania insuliny, przez które cząstka insuliny na swych "barkach" wnosi cząstkę węglowodanów do wnętrza komórki. Chory karmiony tzw. dietą cukrzycową nadal za dużo zjada węglowodanów, wstrzykuje sobie insulinę, a organizm sprytnie się broni tak przed węglowodanami, jak przed nadmiarem insuliny. Nic dziwnego, że znów rośnie mu cukier we krwi. Wówczas w odpowiedzi lekarz podnosi dawkę insuliny. Przez pewien czas jest lepiej, ale organizm broniąc się ciągle przed nadmiarem insuliny, ponownie przestaje reagować na podawaną insulinę. Wtedy lekarz, starając się przechytrzyć organizm, podaje inny rodzaj insuliny. Jednak sytuacja ta ciągle się powtarza. Najgorsze jest to, że w tym czasie zaczynają się wszystkie powikłania związana z lekami stosowanymi do tej pory. Powikłania naczyniowe - miażdżyca uogólniona, ze wszystkimi konsekwencjami narządowymi, powikłania neurologiczne, oczne i inne. Dochodzi do martwicy palucha. Amputuje się stopę, później całą kończynę, potem drugą, człowiek ślepnie, wydaje ogromne pieniądze na lekarstwa, czym doprowadza się do całkowitej katastrofy zdrowotnej i śmierci. Wszystko to dzieje się w świetle prawa, zgodnie z prawem i zgodnie z nauką akademicką. Nikt poza chorym nie ponosi żadnej konsekwencji. Chirurg nie idzie do więzienia za nieodwracalne okaleczenie chorego. Minister zdrowia nie odpowiada za zarządzenia, których nie powinien wydać. Błędne koło usankcjonowane "nauką". Do tego państwo polskie wydaje każdego dnia jeden milion dolarów tylko na insulinę, którą chorzy otrzymują za darmo. Dochodzą potężne koszty innych leków, koszty leczenia powikłań, szpitale, aparaty ortopedyczne, aparaty do badania cukru, paski wskaźnikowe, badania laboratoryjne i renty. Lecz dla niektórych jest to wielki biznes i zapewne modlą się oni do swojego boga mamony, by więcej ludzi chorowało, nie tylko na cukrzycę. Przypomnę, że obecnie w Polsce mamy około dwóch milionów chorych na cukrzycę jawną i liczba ta niepokojąco rośnie. Ile mamy cukrzycy ukrytej, nie wiemy. Kiedyś tak nie było.

- A jak pana zdaniem powinno wyglądać leczenie cukrzycy?

brał do końca życia". To jest absurd!

Jeśli my wiemy, że hiperglikemię i cukrzycę powodują węglowodany i tylko węglowodany (w niektórych przypadkach nadmiar białka też), nigdy tłuszcz zwierzęcy, to dlaczego diabetolog zaleca choremu stosować dietę cukrzycową, w której jest od 45 do 60 proc. węglowodanów, czyli produktów, z których cukier we krwi powstać musi?

W ten sposób lekarz niejako podtrzymuje cukrzycę. Równocześnie mówi pacjentowi: "Nie jedz tłuszczu zwierzęcego - nasyconego, bo tłuszcz jest bardzo szkodliwy w cukrzycy", ale nie powie, dlaczego pacjent ma nie jeść tłuszczu i chory jest przekonany, że cukier we krwi powstaje z tłuszczu.

- A co pan mówi swoim pacjentom?

- Ja im mówię zupełnie odwrotnie. Tłuszcz nasycony zwierzęcy nie jest szkodliwy dla każdego człowieka, w nim znajdują się zawsze dwa niezbędne dla organizmu tłuszcze nienasycone pochodzenia zwierzęcego w równej proporcji. Należy go zjadać w odpowiedniej proporcji, bo to jest ogromny rezerwuar energii, a podczas spalania tłuszczu nie zanieczyszcza się organizmu. Białko najlepiej zjadać najwyższej jakości (żółtka z jaj) w niewielkiej ilości, natomiast drastycznie ograniczamy węglowodany. Wszystko to zjadamy według odpowiedniej proporcji B:T:W opracowanej przez doktora Jana Kwaśniewskiego. Wtedy już w pierwszym dniu stosowania tej proporcji pacjent zmniejsza dawkę insuliny lub leków doustnych o pięćdziesiąt procent lub przestaje je brać w ogóle. Wcześnie rozpoczęte leczenie tą metodą nie daje powikłań polekowych, doprowadza do całkowitego zaprzestania brania leków przeciwcukrzycowych, a przy bardzo znacznym stopniu uszkodzeniu komórek produkujących insulinę pozwala na bardzo wielką redukcję dawki dobowej insuliny. Wtedy nie jest to już leczenie cukrzycy jako choroby, a tylko uzupełnianie dawki insuliny, której brakuje organizmowi w stosunku do własnej. Nigdy nie ma tu uciętych nóg, ślepoty itd., ludziom wraca zdrowie, funkcjonują normalnie, mają doskonałe samopoczucie, bo zmienia się także i ich psychika. Pracują znacznie lepiej niż przedtem. Tak się naprawdę dzieje. Ja mam wielu takich pacjentów, o których mówię na wykładach.

Wracając do zagadnień metabolizmu przypominam, że gdy organizm czerpie energię ze spalania tłuszczu (wodoru) zużywa dużo mniej tlenu, niż spalając węglowodany (węgiel). Np. w miażdżycy niedobór tlenu i dieta kardiologiczna jest katastrofą dla chorego. Gdy komórka zmuszona jest do spalania węgla z węglowodanów i potrzebuje do spalenia węgla aż dwa atomy tlenu, to w chwili niedoboru tlenu, kradnie ten tlen z sąsiedztwa. Wówczas obumierają obie. Powstaje miejscowa mikronekroza. Wtedy organizm broni się przed "dziurą" po martwej komórce i zatyka ją powstałym ze spalenia węgla cholesterolem, czyli cholesterolem pochodzenia węglowodanowego, roślinnego - nigdy cholesterolem pochodzenia zwierzęcego znajdującym się w pokarmach pochodzenia zwierzęcego. Tak wygląda przedstawiony w sposób niezwykle uproszczony początek miażdżycy. Zarośnięte naczynia powodują chorobę wieńcową itd. Jeszcze raz przypominam, że za miażdżycę odpowiada cholesterol, który powstaje w naszym organizmie po spaleniu każdego z rodzaju węglowodanów. Mylnie jednak sadzi się, że skoro znaleziono cholesterol w jajku (tłuszcz), to nie należy jeść jajek, by nie mieć cholesterolu w naczyniach i w tkankach. Kiedyś eksperymentalnie karmiono zwierzęta paszami zawierającymi cholesterol i rzeczywiście w ich tkankach i naczyniach krwionośnych znaleziono blaszki miażdżycowe nasycone cholesterolem. Na tej podstawie wysnuto błędny wniosek: "Nie jedzcie pokarmów, w których jest cholesterol". Podchwycili to ci, którzy chcieli zarobić na tej fałszywej idei. Do dziś mamy jeszcze opakowania tłuszczu z napisem "Bez cholesterolu". Do dziś nie udowodniono naukowo, że cholesterol pochodzenia zwierzęcego jest przyczyną miażdżycy. On nie ma dojścia do komórki i nie może jej uszkodzić, natomiast w całości po zjedzeniu jest kierowany do wątroby jako ważny substrat do produkcji enzymów, hormonów i wielu jeszcze innych elementów służących do życia. Prawdziwe powstawanie cholesterolu w organizmie wykryto w czasie śledzenia izotopów podanych w cząsteczce glukozy (cukru). Dowiedziono doświadczalnie, że po 30 minutach po spaleniu jednej cząsteczki węgla z węglowodanów powstaje jedna cząsteczka cholesterolu trójglicerydu, który jest bardzo toksyczny jako inicjator miażdżycy. Widać więc, że cholesterol pochodzenia roślinnego, którego nigdy nie ma w węglowodanach, nie pochodzi z tłuszczów zwierzęcych, ale z węglowodanów. Szkoda tylko, że fałsz powtarzany agresywnie w mediach robi swoje. Cholesterol jest tłuszczem bardzo potrzebnym w naszym organizmie. W organizmie żywionym optymalnie wątroba produkuje tyle cholesterolu, ile aktualnie go potrzeba. Spadek cholesterolu u chorego poniżej pewnego minimum we krwi jest zwykle lepszym wskaźnikiem nadchodzącej śmierci niż wzrost OB.

- Czy może pan obiecać czytelnikom "Życia Kalisza" kolejną pouczającą rozmowę?

- Tak. Będę w Kaliszu na wykładzie w Stowarzyszeniu Optymalni 5 marca br. w restauracji NOT o g. 17.

Tel. do stowarzyszenia

76 25 880 lub 0604 441 629

Wysłuchał

Arkadiusz Woźniak

Ps Choć czuję się dobrze, eksperymentalnie korzystałem przez 2 lata z diety optymalnej. Wiem z jakim szokiem mentalnym przyjdzie zmierzyć się zainteresowanym osobom. "Nie jedz tłusto, bo na pewno umrzesz" - będą radzili najbliżsi. "E tam, bzdury" - powiedział mi jeden z szanowanych kaliskich lekarzy, który przy głębszym drążeniu tematu przyznał jednak, że nie przeczytał książki dr Jana Kwaśniewskiego.

"To tak jakbyś dał mi w mordę" - obraziła się na mnie matka dziecka chorego na cukrzycę.

Na jednym z ostatnich publicznych wykładów o żywieniu optymalnym wstaje mężczyzna i mówi: - Jestem diabetologiem i ostrzegam was, że tłusta dieta jest niewłaściwa.

- A ja jestem chorą na cukrzycę - odzywa się głośno kobieta z sali. Propagatorzy tłustej diety pokazali mi dzisiaj uleczonych ludzi. Niech teraz pan mi pokaże choć jednego chorego, którego pan wyleczył z cukrzycy.

Diabetolog speszony opuścił salę.

Nie dziwmy się tym reakcjom. Nieżyjący Stefan Kisielewski powiedział, że socjalizm to jest taki ustrój, w którym rząd dzielnie walczy z problemami, których by nie było gdyby nie socjalizm.

Parafrazując może warto ukuć nowe powiedzenie: używana w cukrzycy dieta to taka, w której pacjent i lekarz dzielnie walczą z problemami, których by nie było gdyby nie ta dieta.

Zatem szukajmy prawdy.

AW